niedziela, 31 sierpnia 2014

We are destroyer.

Gdy miałam sześć lat, wierzyłam, że w moim pokoju mieszkają złe duchy i potwory, które ożywały dopiero wieczorami, kiedy na zewnątrz robiło się już ciemno, a na niebie jasno świecił księżyc. Czaiły się w pustych dziurach i kątach sypialni, szepcząc złowrogo najstraszniejsze groźby i opowieści, a ja umierałam ze strachu w swoim przytulnym i, jak próbowałam sobie wtedy wmówić, bezpiecznym łóżku.
Kiedy trochę podrosłam, ufałam w to, że przyjaźnie raz zawarte trwają do końca życia i nic nie jest w stanie ich rozerwać. Że prawdziwi przyjaciele stoją za sobą murem i cokolwiek się zdarzy, mogą na sobie polegać, a najlepsze wspomnienia przetrwają w ich pamięci na zawsze. Te właśnie wspomnienia oraz wspólne sekrety człowiek zabierze do grobu, mając świadomość tego, jakie miał szczęście, spotykając na swojej drodze kogoś tak cudownego i dobrego, kogoś, z kim mógł podzielić się każdą chwilą swojego życia i kto towarzyszył mu do samego końca.
Od samego początku miałam nadzieję, że ludzie, którzy odpowiednio się postarają, będą w stanie zwalczyć swoje demony i porzucić stare nałogi, które powoli niszczyły nie tylko ich, ale także osoby znajdujące się w ich pobliżu. Chciałam, by rodzina na zawsze pozostała rodziną, pełną, szczęśliwą, mogącą pokonać wszystkie problemy, kiedy tylko będą działać razem, a nie przeciwko sobie. Pragnęłam, żeby dom był oazą, w której zawsze można zaznać spokoju i ukojenia, miejscem wolnym od kłótni i nieprzyjemnej atmosfery, schronieniem przed tym, czego obawiamy się najbardziej.  
Miłość zawsze postrzegałam jako uczucie potężne, pełne pasji i namiętności, coś, co jest w stanie przetrwać wieczność, bo dysponuje właśnie tak wielką siłą. Ludzie, którzy się kochają, są gotowi oddać się tej jednej osobie, poświęcić całego siebie, byleby tylko zadowolić swojego partnera i dać mu z siebie to, co najlepsze. Akceptują w sobie nawet największe wady i skazy, a skrzywdzenie bliskiej im osoby jest ostatnią rzeczą, której by pragnęli. Świadomość, że któregoś dnia mogłoby jej zabraknąć, złamałaby im serce i zmieniła nieodwracalnie, pozostawiając po sobie niewidzialne znamię do końca życia.
Będąc w szkole, łudziłam się jeszcze, że dobre wyniki zdobywa się poprzez ciężką pracę, ambicję i talent, który człowiek stara się rozwijać na przestrzeni lat. Myślałam, że szczęście odgrywa tu podrzędną rolę i mniej zdolni ludzie mają trudniejszą drogę do przebycia, a ci pilni i pracowici w końcu zostaną wynagrodzeni i docenieni. Że kiedyś osiągną sukces i wszystko to, o czym kiedykolwiek marzyli, stanie przed nimi otworem, bo właśnie na to sobie zapracowali i na to też zasłużyli.
Co właściwie łączy wyżej wymienione sytuacje? Wszystkie okazały się kompletną bujdą.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz