Gdy miałam sześć lat, wierzyłam, że w moim
pokoju mieszkają złe duchy i potwory, które ożywały dopiero wieczorami, kiedy
na zewnątrz robiło się już ciemno, a na niebie
jasno świecił księżyc. Czaiły się w pustych dziurach i kątach sypialni,
szepcząc złowrogo najstraszniejsze groźby i opowieści, a ja umierałam ze
strachu w swoim przytulnym i, jak próbowałam sobie wtedy wmówić, bezpiecznym
łóżku.
Kiedy
trochę podrosłam, ufałam w to, że przyjaźnie raz zawarte trwają do końca życia
i nic nie jest w stanie ich rozerwać. Że prawdziwi przyjaciele stoją za sobą
murem i cokolwiek się zdarzy, mogą na sobie polegać, a najlepsze wspomnienia
przetrwają w ich pamięci na zawsze. Te właśnie wspomnienia oraz wspólne sekrety
człowiek zabierze do grobu, mając świadomość tego, jakie miał szczęście,
spotykając na swojej drodze kogoś tak cudownego i dobrego, kogoś, z kim mógł
podzielić się każdą chwilą swojego życia i kto towarzyszył mu do samego końca.
Od
samego początku miałam nadzieję, że ludzie, którzy odpowiednio się postarają,
będą w stanie zwalczyć swoje demony i porzucić stare nałogi, które powoli
niszczyły nie tylko ich, ale także osoby znajdujące się w ich pobliżu. Chciałam,
by rodzina na zawsze pozostała rodziną, pełną, szczęśliwą, mogącą pokonać
wszystkie problemy, kiedy tylko będą działać razem, a nie przeciwko sobie. Pragnęłam,
żeby dom był oazą, w której zawsze można zaznać spokoju i ukojenia, miejscem
wolnym od kłótni i nieprzyjemnej atmosfery, schronieniem przed tym, czego
obawiamy się najbardziej.
Miłość
zawsze postrzegałam jako uczucie potężne, pełne pasji i namiętności, coś, co
jest w stanie przetrwać wieczność, bo dysponuje właśnie tak wielką siłą.
Ludzie, którzy się kochają, są gotowi oddać się tej jednej osobie,
poświęcić całego siebie, byleby tylko zadowolić swojego partnera i dać mu z
siebie to, co najlepsze. Akceptują w sobie nawet największe wady i skazy, a
skrzywdzenie bliskiej im osoby jest ostatnią rzeczą, której by pragnęli.
Świadomość, że któregoś dnia mogłoby jej zabraknąć, złamałaby im serce i
zmieniła nieodwracalnie, pozostawiając po sobie niewidzialne znamię do końca
życia.
Będąc
w szkole, łudziłam się jeszcze, że dobre wyniki zdobywa się poprzez ciężką
pracę, ambicję i talent, który człowiek stara się rozwijać na przestrzeni lat.
Myślałam, że szczęście odgrywa tu podrzędną rolę i mniej zdolni ludzie mają
trudniejszą drogę do przebycia, a ci pilni i pracowici w końcu zostaną
wynagrodzeni i docenieni. Że kiedyś osiągną sukces i wszystko to, o czym kiedykolwiek
marzyli, stanie przed nimi otworem, bo właśnie na to sobie zapracowali i na to
też zasłużyli.
Co właściwie
łączy wyżej wymienione sytuacje? Wszystkie okazały się kompletną bujdą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz