W ciągu paru ostatnich dni obejrzałam kilka ciekawych filmów, niezbliżonych do siebie tematycznie, wybranych właściwie zupełnie przypadkowo spośród zaznaczonych na Filmwebie pozycji. Muszę przyznać, że ta strona jest sporym ułatwieniem i pomocnym narzędziem przy wybieraniu produkcji, jakie chciałoby się obejrzeć, a także przy ocenianiu tych, które już zobaczyliśmy. W każdym razie, gdybym miała powiedzieć, która z nich podobała mi się najbardziej -
Samotnicy,
Nędznicy,
O Północy w Paryżu czy może
The Wall - na wstępie musiałabym zaznaczyć, że w każdym z tych filmów, w każdym bez wyjątku, coś mnie zachwyciło. Były to różne rzeczy i w różnym stopniu na mnie wpłynęły, aczkolwiek wszystkie te produkcje spełniły moje wymagania.

Zacznijmy od
Samotników. Co zachęciło mnie do tego filmu? Cóż, chyba po prostu bardzo lubię wszystkie rzeczy związane z muzyką, a skoro i w tej produkcji miał pojawić się grunge w wykonaniu takich kapel jak Pearl Jam - czemu nie? Poznajemy więc kilku dwudziestolatków mieszkających w Seattle, w tym Janet, która dla swojego chłopaka, wokalisty rockowego, gotowa jest powiększyć sobie piersi, a także niezgrabną parę Steve'a i Lindy, którzy próbują znaleźć sposób na ustatkowanie się w związku. I mimo że historie tego rodzaju obecne są w co drugim filmie, to ta jednak czymś się od nich różni. Może jest to kwestia czasu, w którym owa produkcja powstała - w 1992 roku świat nie był przecież jeszcze zdominowany popularnym kinem amerykańskim, które dzisiaj jest raczej spłycone i ujednolicone - a może chodzi tu jednak o wizję reżysera, Camerona Crowe? Tego nie wiem; muszę przyznać, że nie znam innych obrazów tego mężczyzny, choć mam nadzieję, że w przyszłości natrafi mi się ku temu okazja.
Film pozbawiony jest wulgarnych i pornograficznych elementów, które w dzisiejszych czasach obecne są niemal na każdym kroku, dzięki czemu całość ogląda się przyjemnie i lekko. Ciekawie patrzy się też na splatanie wątków głównych bohaterów i ich luźne, żartobliwe kwestie i zachowania. Wszystkie te czynniki sprawiły, że półtorej godziny minęło mi nadzwyczaj szybko, a banalne, choć równie zabawne, zakończenie wywołało uśmiech na mojej twarzy. Co się zaś tyczy samej muzyki - jedyne, co mnie rozczarowało, to to, że było jej tak mało! Soundtrack rzeczywiście udany, chociaż nie ukrywam, że czuję pod tym względem lekki niedosyt. Nie powstrzyma mnie to jednak przed ponownym obejrzeniem
Samotników. :)

O
Nędznikach nie wypowiem się zbyt szczegółowo, ponieważ jest to film, że się tak wyrażę, z wyższej półki, oparty na powieści Victora Hugo. Przyznam, że nawet nie znałam tego dzieła, dopóki film nie dostał nominacji do Oscara. I chociaż historie tego typu nie są w moim guście, Nędznicy zachwycili mnie wyjątkowo dopracowaną sekcją muzyczną, kostiumową i aktorską. Anne Hathaway rzeczywiście zasłużyła na otrzymaną statuetkę, jednak że Hugh Jackman nie miał tyle szczęścia - tego już nie potrafię zrozumieć. Według mnie był on, obok wyżej wspomnianej Anne, a także Amandy Seyfried, Aarona Tveita (chłopak urzekł mnie swoją rolą) i Heleny Bonham - Carter, jedną z lepszych stron produkcji. O poruszającej historii i zgrabnie wykonanych piosenkach nawet nie ma co mówić - jest to niezaprzeczalnie arcydzieło! I mimo że będzie musiało minąć sporo czasu, zanim obejrzę ten film ponownie, z chęcią sięgnę po tę powieść, by poznać jeszcze więcej szczegółów z życia bohaterów historii.

Co sprawiło, że wybrałam
O Północy w Paryżu na kolejny nudny wieczór? Cóż, miałam to obejrzeć już wcześniej, głównie ze względu na uroczego Owena Wilsona, bo przecież dla Woody'ego Allena, którego twórczości zbyt dobrze nie znam, bym tego nie zrobiła. Tym razem zadecydowały oceny moich znajomych na Filmwebie. Czy żałuję swojego wyboru? Oczywiście, że nie! Film dał mi półtorej godziny czystej przyjemności, wspaniałych obrazów pięknego Paryża, a także niezwykle ciekawego sposobu przekazu historii osoby, która cały czas pragnęła żyć w innych czasach, a która w końcu dowiaduje się, że to jednak teraźniejszość jest najważniejsza. Reżyser w nietypowy sposób ukazuje nam postacie z przeszłości, które zna niemal każdy, i rzeczywistość tę miesza z czasami współczesnymi, które tak bardzo się od siebie różnią. Niesamowita produkcja, naprawdę jestem pod wielkim wrażeniem!

I ostatni, a mimo wszystko nie najgorszy z nich wszystkich, film -
The Wall reżyserii Alana Parkera. Co mogę powiedzieć o tej produkcji? Zgaduję, że wszyscy fani Pink Floyd znają ją już na pamięć, jednak ja, osoba, która zainteresowała się twórczością tego zespołu stosunkowo niedawno, dopiero teraz sięgnęłam po tę dosyć niezwykłą pozycję. W ciągu dwóch dni obejrzałam ją dwa razy, bo, jak stwierdziłam, za pierwszym razem nie dotarły do mnie wszystkie szczegóły filmu. Za drugim razem natomiast zwróciłam uwagę na mniej rzucające się w oczy elementy i jeszcze raz dokładnie prześledziłam losy Pinka, który nie potrafi poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością i dlatego też buduje mur, który ma go oddzielić od reszty świata. Wspaniała produkcja, doskonale ukazująca losy człowieka i jego pokrętną psychikę w obliczu straty bliskich osób i innych mniej lub bardziej przyziemnych problemów, znakomicie wykorzystująca muzykę znanego na całym świecie zespołu.
Tak więc... gdybym miała wybrać film, który spodobał mi się najbardziej, postawiłabym chyba na
The Wall albo
O Północy w Paryżu. Obie produkcje różnią się jednak od siebie i opowiadają o czymś zupełnie innym, dlatego chyba nie będzie błędem, jeśli obie uznam za równie udane i warte ponownego obejrzenia. : )